Imigranci/ sąsiedzi / my

Internetowa Telewizja Edukacyjna

 

Cel: Wsparcie dydaktyczne nauczycieli, atrakcyjne w formie zapoznanie się z kwestiami związanymi z cudzoziemcami, różnorodnością kulturową, religijną, problemami związanymi z integracją więcej>>>

 

Poznajemy Polskę

Animowany komiks dla dzieci cudzoziemskich:

Poznajemy Polskę

Cudzoziemcy w Polsce - informacje medialne

Polecamy wybór tekstów, jakie ukazują się w polskich mediach, związane z działaniem ośrodków dla uchodźców i przebywających w nich cudzoziemcami jak i cudzoziemcami próbującymi ułożyć sobie na nowo życie w polskim społeczeństwie. Problemy, nadzieje, wyzwania, lektura do refleksji dla wszystkich zainteresowanych zagadnieniem wielokulturowości w Polsce. 

czytaj>>>>>

Patronat Medialny

Projekt Między nami sąsiadami - działania na rzecz integracji imigrantów jest objęty patornatem medialnym

 

Polska Agencja Prasowa

 

Donatorzy

Europejski Fundusz na rzecz Integracji Obywateli Państw Trzecich i budżet państwa

 

 

Odpowiedzialność za publikowane treści spoczywa wyłącznie na autorach tekstów. Komisja Europejska nie ponosi żadnej odpowiedzialności za sposób wykorzystania udostępnionych informacji

Strona główna Fundacji

Natalia Nguyen

 Natalia Nguyen / Architektka, Prezenterka telewizyjna

 

Kiedy przyjechałaś do Polski?

Przyleciałam w ’89 roku. Tata kilkanaście lat wcześniej zaczął studia w Polsce. Skończył doktorat i zbliżał się czas jego powrotu do Wietnamu, więc przyleciałyśmy z mamą na wakacje, żeby zobaczyć jak żył przez te kilka lat. Zatrzymałyśmy się u niego w „Alkatras”, akademiku politechniki. Tata dzielił pokój z kolegą, do którego też przyjechała rodzina. Gnieżdżenie się w szóstkę w jednym pokoju było nie do wytrzymania, więc rodzice zdecydowali się na wynajęcie mieszkania. Wakacje, które miały trwać 3 miesiące przeciągnęły się do kilkunastu lat. Kiedy tata był na studiach nie mógł podjąć pełnoetatowej pracy. Mama łączyła pracę z samotnym macierzyństwem, więc nie była w stanie wesprzeć go finansowo. Tata wykorzystał to, że w Polsce wszystkiego brakowało i zajął się importowaniem towarów z Wietnamu. Kiedy wynajęliśmy mieszkanie na Ochocie rodzice wciągnęli do współpracy rodzinę z Wietnamu. Tutaj wszystkiego brakowało, a my mogliśmy wiele rzeczy importować z naszego kraju. Piwnice, nasza i sąsiadów, były po brzegi zastawione towarem, kurtkami, sukienkami, naszyjnikami z kości bawolej. Sąsiedzi nam pomagali i jeszcze przy okazji sami znaleźli zatrudnienie. Wciągnęliśmy do współpracy pół osiedla! Nasze mieszkanie miało dwa pokoje, ale stale było u nas po dziesięć osób. Ktoś przyjechał po towar, ktoś był przejazdem w Warszawie, więc został na noc. Prowadziliśmy otwarty dom, gdzie nie tylko gościliśmy wszystkich, ale też stwarzaliśmy miejsca pracy. Rodzice zaczęli od straganu pod halą Banacha, z czasem rozwinęli działalność, założyli firmę Import-eksport.

 

Kiedy rodzice ci powiedzieli, że nie wracacie do Wietnamu?

Cały czas mówili, że już niedługo wracamy, ale biznes szedł tak dobrze, że to nie miało sensu. Przez dwadzieścia lat planowali powrót, ale jednocześnie żyli dniem dzisiejszym i coraz bardziej zapuszczali korzenie. Przez pierwszych kilka miesięcy biegałam z dzieciakami po podwórku. Polskiego uczyła mnie sąsiadka. W końcu rodzice zdecydowali, że powinnam pójść do szkoły. Zapisała mnie pani Zosia, bo mama nie znała polskiego. Z czasem zaczęłam rozumieć, że opowieści o powrocie to tylko gadanie. Wydaje mi się, że snuli plany powrotu, żeby zagłuszyć tęsknotę za Wietnamem. Wrócili dopiero kilka lat temu. Razem z nimi wyjechały moje młodsze siostry urodzone w Polsce.

 

Jak wspominasz te pierwsze lata w Polsce?

Mieszkaliśmy na Ochocie. Na podwórku suszyło się pranie, był trzepak, huśtawki, piaskownica. Siedzieli tam wszyscy i dorośli i dzieci. Ganialiśmy po podwórku, jeździliśmy na wrotkach i na rowerze, mieliśmy nieskończoną ilość zabaw.

 

Dzieci nie dawały ci odczuć, że jesteś inna?

Wołały za mną „karate kid” i „czikulinka”, ale nie odrzucali mnie, bawiliśmy się razem. Kiedyś na podwórko przyszła o kilka lat starsza dziewczyna i zaczęła mnie zaczepiać „Ej, Chinka, wypie... z Polski”. To była bardzo ładna blondynka z długimi włosami. Wściekłam się! Jak się powiesiłam na tych jej włosach i zaczęłam bujać...! Całe podwórko biło mi wtedy brawo. Byli po mojej stronie.

 

Miałaś kontakt z dziećmi z Wietnamu?

Głównie wychowywałam się z Polakami. W podstawówce miałam jedną koleżankę Wietnamkę. To był koszmar! Nasze mamy ciągle porównują swoje dzieci. Moja koleżanka, jak to bywa z większością wietnamskich dzieci, uczyła się świetnie. Ze wszystkich przedmiotów piątki, olimpiady i konkursy recytatorskie. Ja byłam wyjątkiem od reguły. Postanowiłam udowodnić całemu światu, że nie muszę mieć ze wszystkiego najlepszych ocen, żeby osiągnąć to co chcę. Interesowałam się modą, nosiłam kolorowe ubrania, przyjeżdżałam na rolkach do szkoły. Wyróżniałam się. Dyrektorka łapała mnie w korytarzu, szczypała w łokieć i mówiła „A Ty? Czemu się nie uczysz? Twoja koleżanka ma same piątki i szóstki, a ty się tylko stroisz!”. W domu słyszałam „Twoja koleżanka osiągnęła to. Twoja koleżanka osiągnęła tamto.” Jak szłam do liceum najważniejsze było dla mnie, żeby nie było tam żadnych moich rodaków!

 

Dlaczego wybrałaś studia na architekturze?

Wiedziałam, że chcę zajmować się czymś twórczym. Lubiłam rysować, projektować, myślałam o Akademii Sztuk Pięknych, albo projektowaniu mody. Z drugiej strony Wietnamczycy w Polsce podchodzą do życia pragmatycznie. Dzieciom mówi się, że powinny iść na przyszłościowe kierunki, najlepiej studia ekonomiczne, albo bankowość. Architektura łączyła w sobie ścisłe i humanistyczne nauki. Z perspektywy czasu wiem, że dobrze wybrałam, chociaż okazało się, że praca w biurze nie jest dla mnie. Przez sześć lat pracowałam w biurach architektonicznych. Każda moja rozmowa o pracę kończyła się przyjęciem, ale nigdzie nie wytrzymałam dłużej niż pół roku. Nie nadawałam się.

 

W mediach jest inaczej?

Tak. Jest atmosfera twórczego działania. Media kręciły mnie od zawsze. Byłam gotowa robić wszystko, co nie wiązało się z rutyną dnia codziennego i pracą od 8 do 16. Byłam fotmodelką, pracowałam przy castingach, występowałam w niskobudżetowych produkcjach filmowych, tłumaczyłam filmy z wietnamskiego na polski dla Centrum Sztuki Współczesnej. Jeżeli ktoś mówił „Natalia, jesteś nam potrzebna” - mówiłam „Ok. Idę!”. Otaczałam się ludźmi z radia, z telewizji, artystami. Podoba mi sie atmosfera tworzenia czegoś pozytywnego, zaskakującego, ciekawego.

 

W końcu zaczęłaś pracę w telewizji.

Często występowałam jako gość w różnych programach. Opowiadałam o świętach wietnamskich, gotowałam przed kamerą. Widziałam, że w polskich mediach wszystkie stanowiska są obsadzone przez Polaków. Pomyślałam, dosyć! Usiadłam któregoś wieczora i napisałam scenariusz programu wnętrzarskiego, który bym chciała prowadzić. Wszystko zaplanowałam, rozpisałam i postanowiłam „Idę do telewizji”. Po dwóch dniach zadzwonił telefon. Zaproponowano mi udział w programie „Pan i Pani House”. To był dokładnie taki program o jakim myślałam. Razem z Tomaszem Roy-Szabelewskim robiliśmy metamorfozy mieszkań naszych widzów. To była twórcza praca, mieliśmy kontakt z ludźmi, jeździliśmy po Polsce. Teraz jestem jurorką w programie „Bitwa o dom”. To już nie jest tak przyjemne. Muszę oceniać uczestników programu, chociaż wcale tego nie lubię. W przyszłości chciałabym wrócić do projektów podobnych do „Pan i Pani House”.

 

Jak myślisz, dlaczego w polskich mediach jest mało cudzoziemców?

Pracowałam kiedyś przy realizacji pilotażowego programu, w którym cudzoziemcy mieli opowiadać o różnych zwyczajach, sposobach wychowywania, różnicach kulturowych. Zrezygnowano z tego pomysłu, bo „widzowie nie chcą tego oglądac”. Być może ludzie w Polsce jeszcze nie są na to gotowi. Z drugiej strony, to media decydują o tym co będzie pokazywane, kreują trendy.

 

Czy są różnice w wychowaniu dziewczynek w Polsce i Wietnamie?

Wydaje mi się, że nie. I tu i tu dziewczynkom mówi się, że najważniejsze jest żeby wyszły dobrze za mąż. Faceci powinni mieć kasę, mieszkanie i samochód. Dziewczyny powinny być ładne i mieć wyższe wykształcenie. Dyplom daje prestiż, który pozwala lepiej wyjść za mąż, ale jak już zostaniesz żoną, to masz gotować, sprzatać i opiekować się dziećmi. W swoim życiu próbuję ciągle dojść do równowagi w tym wszystkim.

 

Myślałaś o powrocie do Wietnamu?

Osiem lat temu wróciłam do Wietnamu razem z moim partnerem, który był Wietnamczykiem. Hung zachorował na raka i wyjechał na leczenie do Wietnamu. Byłyśmy tam przy nim. Kiedy nasza córka An miała pół roku zmarł. Rodzice namawiali mnie, żebym została „w Polsce nie masz mieszkania, ani pracy. Masz małe dziecko. Nie poradzisz sobie.” – przekonywali mnie. Zdecydowałam się wrócić i kontynuować studia. Wynajęłam mieszkanie, znalazłam pracę i zrobiłam dyplom. Nie było łatwo. W Wietnamie czułam się obco. Czułam się tam jak turystka. Wychowałam się w Polsce i jestem związana z Warszawą. Tu mam przyjaciół, polski język znam lepiej niż wietnamski. Od trzech lat jestem w związku z Polakiem.

 

Co Ci dała podwójna perspektywa polsko-wietnamska?

Wyrastałam w wietnamskim domu. Żyję wśród Polaków. Trzy lata mieszkałam w USA, trochę podróżowałam. Wielokrotnie stałam przed wyborem, czy postępować jak Polacy, czy jak Wietnamczycy. Podwójna perspektywa pozwoliła mi z większym dystansem podchodzić do różnych decyzji, świadomie wybierać, które wartości są mi naprawdę bliskie, nie przyjmuję rzeczy bezkrytycznie.