Imigranci/ sąsiedzi / my

Internetowa Telewizja Edukacyjna

 

Cel: Wsparcie dydaktyczne nauczycieli, atrakcyjne w formie zapoznanie się z kwestiami związanymi z cudzoziemcami, różnorodnością kulturową, religijną, problemami związanymi z integracją więcej>>>

 

Poznajemy Polskę

Animowany komiks dla dzieci cudzoziemskich:

Poznajemy Polskę

Cudzoziemcy w Polsce - informacje medialne

Polecamy wybór tekstów, jakie ukazują się w polskich mediach, związane z działaniem ośrodków dla uchodźców i przebywających w nich cudzoziemcami jak i cudzoziemcami próbującymi ułożyć sobie na nowo życie w polskim społeczeństwie. Problemy, nadzieje, wyzwania, lektura do refleksji dla wszystkich zainteresowanych zagadnieniem wielokulturowości w Polsce. 

czytaj>>>>>

Patronat Medialny

Projekt Między nami sąsiadami - działania na rzecz integracji imigrantów jest objęty patornatem medialnym

 

Polska Agencja Prasowa

 

Donatorzy

Europejski Fundusz na rzecz Integracji Obywateli Państw Trzecich i budżet państwa

 

 

Odpowiedzialność za publikowane treści spoczywa wyłącznie na autorach tekstów. Komisja Europejska nie ponosi żadnej odpowiedzialności za sposób wykorzystania udostępnionych informacji

Strona główna Fundacji

Neupane

Shree Krishna Neupane

Nepalczyk, 31 lat,

Nauczyciel jogi

 

Skąd pochodzisz?

Pochodzę z Nepalu, z Pokhary. To niewielkie, ale wspaniałe miasto położone nad jeziorem Phewa Tal w Himalajach. Jest otoczone lasem, nad którym piętrzą się masywy górskie. Mówi się, że to kulturalna stolica kraju.

 

Dlaczego wyjechałeś z tak pięknego miejsca?

W Nepalu skończyłem studia w Akademii Wychowania Fizycznego, pracowałem jako dyrektor w prywatnej szkole, jednocześnie uczyłem dzieci WF-u. Wyjechałem, żeby zarobić pieniądze na otworzenie własnej szkoły.

 

Jak wyglądają lekcje W-Fu w Nepalu?

Zajęcia składają się z części teoretycznej i praktycznej. Przekazujemy dzieciom wiedzę na temat zdrowia, higieny, anatomii, funkcjonowania organizmu. Jednocześnie gramy w gry zespołowe, takie jak koszykówka, piłka nożna, czy krykiet. Dzieci poznają również asany – pozycje jogi, pranajamę, czyli technikę oddychania mającą na celu kontrolowanie i spowolnienie oddechu, uczą się medytacji.

 

To znaczy, że joga jest obecna w życiu Nepalczyków od dziecka? Czy w Twoim też?

Tak. Mój ojciec codziennie wstawał o piątej rano i cztery godziny ćwiczył asany i medytował. Odkąd skończyłem pięć lat towarzyszyłem mu, czasem przez pół godziny, czasem przez godzinę. Później ćwiczyłem w szkole. Jako dorosły człowiek pogłębiałem swoją wiedzę w szkole Swami Rama – wybitnego jogina i nauczyciela duchowego. Wsławił się tym, że piastując stanowisko Śankaraćarji - najwyższe stanowisko duchowne w hinduizmie, dokonał wielu reform, między innymi umożliwił kobietom naukę medytacji. Codzienna praktyka jogi towarzyszy mi przez całe życie. Wraz z żoną staramy się każdego ranka poświęcić godzinę na ćwiczenia. Po urodzeniu naszego syna, który obecnie ma osiem miesięcy, ćwiczyłem sam. Żona powróciła do ćwiczeń po pierwszej menstruacji.

 

Jak wyglądały początki Twojego życia w Polsce?

Przyjechałem siedem lat temu. Początki były ciężkie. Uzyskanie wizy z prawem do pracy w Unii Europejskiej okazało się bardzo trudne. Dowiedziałem się, że sposobem na legalny przyjazd do Polski jest zapisanie się do Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji w Warszawie. Czesne w szkole było wysokie, ale opłacenie go gwarantowało wizę studencką.

 

Z lotniska miał mnie odebrać pracownik szkoły, ale samolot, którym przyleciałem miał opóźnienie i pracownik odjechał nie czekając. Wysiadłem z samolotu późnym wieczorem, padał śnieg, nie znałem ani słowa po polsku. Ludzie, których prosiłem o pomoc odpowiadali, że nie znają angielskiego. Dziś rozumiem, że wielu Polaków słabo mówi po angielsku, ale wtedy miałem inne wyobrażenia o Polsce, sądziłem że nie chcą mi pomóc. Noc i cały następny dzień czekałem na ławce na lotnisku. Nic nie jadłem. Dopiero po południu ktoś mi pomógł zamówić taksówkę i dojechać do szkoły. Dotarłem głodny i zmęczony, na miejscu wzruszono ramionami i tłumaczono się natłokiem pracy.

 

Szkoła nie wywiązała się również z obietnicy załatwienia mi mieszkania. Musiałem na własną rękę szukać sobie noclegu. Poznałem Nepalczyków, którzy w kilkunastu wynajmowali dom na Starym Mieście i zamieszkałem z nimi.

 

Jak już załatwiłem sprawy związane ze szkołą i mieszkaniem musiałem znaleźć pracę. W Nepalu za równoważnik złotówki można kupić obiad, tutaj zwykła bułka kosztowała mnie dwa złote. Oszczędności, które w Nepalu stanowiły poważną kwotę, w Polsce mogły mi starczyć na jeden, maksymalnie dwa miesiące życia. Musiałem opłacić mieszkanie, szkołę, bilety, dzwoniłem regularnie do żony, która została w domu z córką. Bałem się, że jeżeli szybko nie znajdę pracy zostanę bez pieniędzy i nie będę miał jak wrócić. Oszczędzałem na jedzeniu, niedojadałem. Nie miałem znikąd wsparcia. W tamtym okresie czułem się bardzo samotny.

 

Szczęśliwie chwilę przede mną do Polski przyjechał mój znajomy. To on pomógł mi załatwić pracę w ekskluzywnym warszawskim hotelu. Pracowaliśmy sześć dni w tygodniu, po osiem godzin dziennie. Zarabialiśmy osiemset złotych miesięcznie, ale pracodawca gwarantował nam zakwaterowanie i wyżywienie. Powoli awansowałem: z pralni do szatni, z szatniarza na boya hotelowego. Gdy już opanowałem język umówiłem się z szefem, że będę prowadził dla klientów hotelu zajęcia z jogi. Po roku przyjechała do mnie żona. Powoli wszystko zaczęło się układać.

 

Miałeś momenty zwątpienia? Chciałeś wracać?

Wielu Nepalczyków, których poznałem w Polsce wyjeżdżało dalej na Zachód. Myślałem, żeby pójść w ich ślady, ale chciałem, żeby najpierw dołączyła do mnie żona. Już trochę nauczyłem się funkcjonować w polskiej rzeczywistości, „Załatwię dla niej wizę do Polski,” – myślałem sobie – „a później razem pojedziemy dalej”. Razem z żoną mieszkałem w Polsce już dwa lata, pomyślałem, że jeżeli zostanę tu jeszcze dwa lata będę mógł ubiegać się o stały pobyt, więc nie zdecydowaliśmy się na wyjazd. Dziś pracujemy obydwoje w Buddha SPA, obydwoje mamy pracę. Lubię to co robię, więc przestałem myśleć o wyjeździe.

 

Czego można się nauczyć na Twoich zajęciach?

Prowadzę zajęcia z Ashtanga jogi. „Ashta” – znaczy osiem, „anga” to filar. Ashtanga joga, to ścieżka rozwoju oparta na ośmiu filarach. Wspomniane już asany, z którymi kojarzona jest joga w Europie, czy pranajama, to tylko część praktyki. W rzeczywistości joga jest metodą rozwoju osobistego, która obejmuje nakazy (między innymi nakaz zachowania czystości ciała i umysłu, odczuwania satysfakcji z tego co się ma) i zakazy (na przykład zakaz używania przemocy, kradzieży, kłamstwa). Jogini dążą do osiągnięcia koncentracji, wyciszenia, zharmonizowania ciała i umysłu. Ćwiczenia fizyczne, praca nad oddechem, czy medytacje są tylko narzędziami pomagającymi realizować te cele.

 

Jak wyglądają Twoje lekcje?

Głównie są to lekcje indywidualne. Na początku wprowadzam swoich kursantów w teoretyczne zagadnienia, potem przechodzimy do praktyki. Pokazuję uczniom asany, czuwam nad tym, żeby dobrze je wykonali, tłumaczę, poprawiam, pomagam. Początkowo jest między nami duży dystans, ja jestem nauczycielem, oni są uczniami, pochodzimy z innych kultur, ale pracujemy razem i staramy się zrozumieć. Z czasem ten dystans się zmniejsza. Wyczuwam, gdy moi uczniowie są spięci, wywiązują się między nami rozmowy, uczniowie zaczynają opowiadać, że nie mogli spać w nocy, że są przepracowani, że mają problemy. Mam stałych klientów, którzy przychodzą do mnie od lat. To mi daje bardzo dużo satysfakcji, bo wiem, że pozytywnie wpływam na ich życie.

 

Czy przez te lata zniknęło poczucie samotności, które towarzyszyło Ci na początku?

Oczywiście. Teraz jest ze mną żona, ostatnio urodził się nasz syn. Przez lata poznałem wielu życzliwych ludzi. Nadal mam kontakt z szefem hotelu, w którym pracowałem, właścicielka mieszkania, które kiedyś wynajmowałem do tej pory zaprasza nas na urodziny. Byliśmy u znajomych z okazji świąt Bożego Narodzenia, łamaliśmy się opłatkiem. Byłem też na polskim weselu. Poznaję polskie tradycje. Z drugiej strony mam kontakt z Nepalczykami mieszkającymi w Warszawie. Działam w nepalskiej wspólnocie, razem organizujemy spotkania z okazji hinduskich świąt. Żal mi tylko, że dni hinduskich świąt są w Polsce zwykłymi dniami roboczymi. Muszę chodzić do pracy, nie mogę w pełni świętować, a bardzo to lubię. Ostatnio z okazji świąt było u mnie w domu prawie trzydzieści osób, nie tylko Nepalczyków, ale również bliskich mi osób polskiego pochodzenia.

 

Czy Polacy są według Ciebie otwartym narodem?

Nie myślę w taki sposób, że Polacy są tacy, albo inni. Zdaję sobie sprawę, że są różni. Ostatnio, gdy czekałem z kolegą na tramwaj podpici mężczyźni zaczęli nas zaczepiać „Ej, czarni, wypier... z Polski, wracajcie do siebie” – krzyczeli i śmiali się.

 

Jak radzisz sobie z takimi sytuacjami?

Jest mi smutno, ale co mogę zrobić? Nie reaguję. Po chwili ci mężczyźni wsiedli do tramwaju i odjechali. Wtedy podeszła do nas pani, która stała na tym przystanku i powiedziała, że jest jej bardzo przykro, że przeprasza za ich zachowanie. Kiedy urodził się nasz syn zadzwoniłem do właściciela mieszkania, które wynajmujemy, z pytaniem gdzie mam zarejestrować narodziny dziecka. Właściciel przyjechał po nas samochodem, zawiózł nas do urzędu i pomógł wszystko załatwić.

 

Co chciałbyś robić za dziesięć lat?

Kiedy wyjeżdżałem z Nepalu sądziłem, że zarobię pieniądze i wrócę do Pokhary, żeby otworzyć prywatną szkołę. Dzisiaj mam zupełnie inne marzenia. W Nepalu mam swoją ziemię, chcę odłożyć jeszcze trochę pieniędzy i wrócić, żeby zająć się prowadzeniem gospodarstwa. Chciałbym sam wytwarzać jedzenie dla siebie i swojej rodziny, uprawiać warzywa, imbir, pomarańcze. Nie potrzebuję dużo pieniędzy, nie muszę mieć wielkiego domu i samochodu, chcę zapewnić moim dzieciom dobre, zdrowe jedzenie i dostęp do edukacji. To jest dla mnie najważniejsze.